Przebranie się w mój ulubiony czarny top i jeansy zajęło niecałe dziesięć minut. Spakowałam do torebki telefon, chusteczki i pieniądze (wątpię, żeby miał zamiar za coś płacić). Wyszłam z domu i stanęłam jak wryta. Marek stał pod moimi drzwiami z bukietem moich ulubionych kwiatów! Podeszłam wciąż trochę zaszokowana. Marek uśmiechnął się niebiańsko.
- Nie wiem jakie kwiaty lubisz więc wziąłem z białych i fioletowych frezji. - powiedział trochę zmieszany.
- Umiesz dobrać kwiaty. - skwitowałam i wzięłam bukiet. - To moje ulubione. - uśmiechnęłam się do niego.
- Uff... Odetchnąłem z ulgom. - zaśmiał się.
- Pójdę je włożyć do wody i zaraz wracam.
Skinął głową, a ja pobiegłam do domu włożyć kwiaty. W kuchni zastałam tylko Bartka. Przyglądał mi się podejrzliwie.
- Masz chłopaka?
- Nie... No może...Sama nie wiem. - odpowiedziałam zmieszana.
- To z Danielem się umówiłaś?
- Nie, to nowy chłopak w szkole. Marek.
- Mhm...
Skoro nie podjął dalszej rozmowy to wyszłam z kuchni i wróciłam do Marka. Nadal stał w tym samym miejscu co wcześniej. Podeszłam i wzięłam go za rękę.
- To gdzie idziemy?
- Może do kina?
- A masz jakiś pomysł na film?
- Eeee... Nie. Lubisz jeździć konno?
- Kiedy miałam dziesięć lat to się uczyłam, a co?
- Moja rodzina ma stajnie z końmi. Możemy się przejechać na moją ulubioną łąkę i tam zrobimy piknik. Co ty na to?
- Jasne. Chodźmy.
Ruszyliśmy w stronę jego samochodu. Mama ma chyba taki sam, tylko, że bordowy, a nie czarny.
Wsiadłam na miejsce pasażera i zerknęłam na nasze CIĄGLE splecione dłonie. Nie zabrałam ręki z uścisku. Marek odpalił samochód i już po chwili staliśmy na światłach. Cały czas wyglądałam przez okno. Nagle odpięłam się i sama nie wiem jak przeskoczyłam na siedzenie z tyłu i schowałam się przed wzrokiem przechodniów. Marek spojrzał na mnie zdziwiony.
- Co się stało?
- Daniel.
To jedno imię sprawiło. że chwilę potem Marek zjechał na pobocze i wpełznął na miejsce obok mnie.
- Wracaj na przód i jedziemy dalej. - powiedział się i uśmiechnął się.
Kiwnęłam jedynie głową i przesiadłam się na przód. Marek odpalił i pojechaliśmy dalej. Nie wiem ile jechaliśmy, ale chyba z dwadzieścia minut zajęło nam dojechanie na miejsce, a widok domu Marka zdumiał mnie do reszty.
Nie wystarczyło, że koło domu ma stajnie na... chyba sto metrów. To jeszcze dom jest jak willa. Poczułam, że ktoś rusza mi szczękę i zorientowałam się, że mam otwartą buzię. Natychmiast ją zamknęłam.
- Nie chciałem tu przyjeżdżać na pierwszym naszym spotkaniu, ale... - wzruszył ramionami.
- Wejdziemy do środka?
- Dzisiaj tylko polecę zabrać rzeczy na piknik, a ty idź sobie wybierz konia.
Skinęłam głową i ruszyłam w stronę stajni. Kiedy do niej weszłam powitało mnie rżenie koni. Zaczęłam się rozglądać po boksach. Żaden mi się nie spodobał, ale kiedy doszłam do ostatniego ujrzałam białego konia z brązową grzywą. Od razu wpadł mi w oko.
- To jest Sara. - Marek odezwał się za moimi plecami.
Podskoczyłam zaskoczona. Marek tylko się zaśmiał i wyprowadził Sarę z boksu. Pomógł mi wsiąść, a sam wyprowadził konia o imieniu Jaskier. Wsiadł na niego i ruszyliśmy. Po pięciu minutach jazdy galopem dojechaliśmy na jego ,,łąkę''. O ile to można było nazwać łąką.
Była to łąka położona na zboczu klifu. Było widać morze, a cała łąka była usłana pięknymi kwiatami. Marek rozłożył koc centralnie w stronę klifu. Przywiązał konie, podczas gdy ja podziwiałam różnorodność kwiatów. Nie wiadomo kiedy pojawił się za mną i... WZIĄŁ MNIE NA RĘCE! Zaczęłam piszczeć jak głupia spodziewając się najgorszego, ale on tylko zaniósł mnie na koc i poszedł po koszyk. Po chwili już siedział koło mnie.
- Co masz w koszyku? - spytałam.
Uśmiechnął się szeroko.
- Eee... Tu mamy problem. Sam nie wiem, co spakowałem.
Zaczęłam grzebać w koszyku. Znalazłam tu płyn do mycia naczyń, ścierkę, wodę, kilka kanapek i co najdziwniejsze... Pilota od telewizora.
- Po co nam pilot?
Marek tylko wzruszył ramionami. Popatrzyłam jeszcze raz do koszyka i zdziwiłam się, kiedy na samym dnie leżało srebrne pudełeczko na biżuterię. Wyciągnęłam je z koszyka. Marek od razu się zaczerwienił.
- To dla ciebie. - powiedział nieśmiało.
Otworzyłam pudełeczko i moim oczom ukazał się piękny, srebrny wisiorek z diamentowym serduszkiem. Popatrzyłam na Marka zadziwiona. On sięgnął po wisiorek i zawiesił mi go na szyi. Przytuliłam się do niego i razem patrzyliśmy jak nad wodą zachodzi słońce. Wieczorem ruszyliśmy na koniach do jego domu. Zaprowadziliśmy Sarę i Jaskra do boksów, wsiedliśmy do samochodu i Marek odwiózł mnie do domu. Bez słowa odprowadził mnie do drzwi. Kiedy się odwróciłam, żeby mu podziękować za miły dzień, on niespodziewanie pocałował mnie. Stałam tam jak zaczarowana. Gdy skończył od razu pobiegł do samochodu nie mówiąc nic. Tak jak by bał się mojej reakcji.
Weszłam do domu, a tam zastały mnie śmichy i chichy Kacpra i Bartka.
- Gabrysia ma chłopaka, Gabrysia ma chłopaka, Gabrysia ma chłopaka...!
Przewróciłam tylko oczami i poszłam do swojego pokoju.
Przebrałam się w piżamę i ułożyłam się do snu. Niestety nie mogłam usnąć! Cały czas myślałam o dzisiejszym pocałunku Marka. Tak jak przy nim nie czułam się przy nikim. Dotknęłam wisiorka. To bardzo miłe z jego strony. CHYBA SIĘ ZAKOCHAŁAM!
TROCHĘ MI TO ZAJĘŁO, ALE WIECIE BYŁY WAKACJE! JEŚLI SIĘ PODOBAŁO TO PROSZĘ O KOMENTARZE :)
- Mhm...
Skoro nie podjął dalszej rozmowy to wyszłam z kuchni i wróciłam do Marka. Nadal stał w tym samym miejscu co wcześniej. Podeszłam i wzięłam go za rękę.
- To gdzie idziemy?
- Może do kina?
- A masz jakiś pomysł na film?
- Eeee... Nie. Lubisz jeździć konno?
- Kiedy miałam dziesięć lat to się uczyłam, a co?
- Moja rodzina ma stajnie z końmi. Możemy się przejechać na moją ulubioną łąkę i tam zrobimy piknik. Co ty na to?
- Jasne. Chodźmy.
Ruszyliśmy w stronę jego samochodu. Mama ma chyba taki sam, tylko, że bordowy, a nie czarny.
Wsiadłam na miejsce pasażera i zerknęłam na nasze CIĄGLE splecione dłonie. Nie zabrałam ręki z uścisku. Marek odpalił samochód i już po chwili staliśmy na światłach. Cały czas wyglądałam przez okno. Nagle odpięłam się i sama nie wiem jak przeskoczyłam na siedzenie z tyłu i schowałam się przed wzrokiem przechodniów. Marek spojrzał na mnie zdziwiony.
- Co się stało?
- Daniel.
To jedno imię sprawiło. że chwilę potem Marek zjechał na pobocze i wpełznął na miejsce obok mnie.
- Wracaj na przód i jedziemy dalej. - powiedział się i uśmiechnął się.
Kiwnęłam jedynie głową i przesiadłam się na przód. Marek odpalił i pojechaliśmy dalej. Nie wiem ile jechaliśmy, ale chyba z dwadzieścia minut zajęło nam dojechanie na miejsce, a widok domu Marka zdumiał mnie do reszty.
Nie wystarczyło, że koło domu ma stajnie na... chyba sto metrów. To jeszcze dom jest jak willa. Poczułam, że ktoś rusza mi szczękę i zorientowałam się, że mam otwartą buzię. Natychmiast ją zamknęłam.
- Nie chciałem tu przyjeżdżać na pierwszym naszym spotkaniu, ale... - wzruszył ramionami.
- Wejdziemy do środka?
- Dzisiaj tylko polecę zabrać rzeczy na piknik, a ty idź sobie wybierz konia.
Skinęłam głową i ruszyłam w stronę stajni. Kiedy do niej weszłam powitało mnie rżenie koni. Zaczęłam się rozglądać po boksach. Żaden mi się nie spodobał, ale kiedy doszłam do ostatniego ujrzałam białego konia z brązową grzywą. Od razu wpadł mi w oko.
- To jest Sara. - Marek odezwał się za moimi plecami.
Podskoczyłam zaskoczona. Marek tylko się zaśmiał i wyprowadził Sarę z boksu. Pomógł mi wsiąść, a sam wyprowadził konia o imieniu Jaskier. Wsiadł na niego i ruszyliśmy. Po pięciu minutach jazdy galopem dojechaliśmy na jego ,,łąkę''. O ile to można było nazwać łąką.
Była to łąka położona na zboczu klifu. Było widać morze, a cała łąka była usłana pięknymi kwiatami. Marek rozłożył koc centralnie w stronę klifu. Przywiązał konie, podczas gdy ja podziwiałam różnorodność kwiatów. Nie wiadomo kiedy pojawił się za mną i... WZIĄŁ MNIE NA RĘCE! Zaczęłam piszczeć jak głupia spodziewając się najgorszego, ale on tylko zaniósł mnie na koc i poszedł po koszyk. Po chwili już siedział koło mnie.
- Co masz w koszyku? - spytałam.
Uśmiechnął się szeroko.
- Eee... Tu mamy problem. Sam nie wiem, co spakowałem.
Zaczęłam grzebać w koszyku. Znalazłam tu płyn do mycia naczyń, ścierkę, wodę, kilka kanapek i co najdziwniejsze... Pilota od telewizora.
- Po co nam pilot?
Marek tylko wzruszył ramionami. Popatrzyłam jeszcze raz do koszyka i zdziwiłam się, kiedy na samym dnie leżało srebrne pudełeczko na biżuterię. Wyciągnęłam je z koszyka. Marek od razu się zaczerwienił.
- To dla ciebie. - powiedział nieśmiało.
Otworzyłam pudełeczko i moim oczom ukazał się piękny, srebrny wisiorek z diamentowym serduszkiem. Popatrzyłam na Marka zadziwiona. On sięgnął po wisiorek i zawiesił mi go na szyi. Przytuliłam się do niego i razem patrzyliśmy jak nad wodą zachodzi słońce. Wieczorem ruszyliśmy na koniach do jego domu. Zaprowadziliśmy Sarę i Jaskra do boksów, wsiedliśmy do samochodu i Marek odwiózł mnie do domu. Bez słowa odprowadził mnie do drzwi. Kiedy się odwróciłam, żeby mu podziękować za miły dzień, on niespodziewanie pocałował mnie. Stałam tam jak zaczarowana. Gdy skończył od razu pobiegł do samochodu nie mówiąc nic. Tak jak by bał się mojej reakcji.
Weszłam do domu, a tam zastały mnie śmichy i chichy Kacpra i Bartka.
- Gabrysia ma chłopaka, Gabrysia ma chłopaka, Gabrysia ma chłopaka...!
Przewróciłam tylko oczami i poszłam do swojego pokoju.
Przebrałam się w piżamę i ułożyłam się do snu. Niestety nie mogłam usnąć! Cały czas myślałam o dzisiejszym pocałunku Marka. Tak jak przy nim nie czułam się przy nikim. Dotknęłam wisiorka. To bardzo miłe z jego strony. CHYBA SIĘ ZAKOCHAŁAM!
TROCHĘ MI TO ZAJĘŁO, ALE WIECIE BYŁY WAKACJE! JEŚLI SIĘ PODOBAŁO TO PROSZĘ O KOMENTARZE :)
Super. :D Podoba mi się :D Kiedy kolejny ?:P
OdpowiedzUsuńjak mi przyjdzie wena na końcówkę :)
Usuń