wtorek, 30 września 2014

Dziwna znajomość cz.6

  

  Następnego dnia rano obudziłam się bardzo, ale to bardzo szczęśliwa. Tak nie czułam się nawet przy Danielu. Przebrałam się w niebieski podkoszulek i jeansy. Pobiegłam do szkoły i chyba dwadzieścia minut czekałam na lekcje matematyki. Po dzwonku usiadłam na swoim miejscu. Możliwe, że polubię codzienną, poranną matematykę. Cały czas pilnie obserwowałam drzwi. I on mi się ukazał! Jego piękne, zielone oczy patrzyły w moje, ale na moje szczęście nagle do klasy wpadł pan Lelek i Marek usiadł koło mnie.
 Kiedy jak zawsze pan Lelek w połowie lekcji wyszedł z sali Kuba podleciał do drzwi i zaczęły się rozmowy. Marek odwrócił się w moją stronę.
- Co u mojej panikary? - spytał biorąc mnie za rękę.
- Wszystko dobrze, - uśmiechnęłam się szeroko. - a u ciebie?
 Nie zdążył  mi odpowiedzieć, ponieważ Kuba wrócił do ławki. Nauczyciel sekundę potem wszedł do sali. Lekcja trwała nadal.
 Ja to w każdej szkole po czterdziestu pięciu minutach nauki następuję przerwa. Razem z Markiem wyszłam z sali i poszłam do swojej szafki gdzie czekały Natalia i Ola oraz... NO NIE! Daniel stał oparty o moją szafkę. Złapałam Marka za rękę i razem podeszliśmy do dziewczyn.
- Hejka! Co tam u was?
- Cześć Meg. Kto to? - spytała Ola.
- To Marek. - przedstawiłam go. - A to są Natalia i Ola. Moje najlepsze przyjaciółki.
-  Miło mi.
- Nam również. - powiedziały wspólnie.
 Nagle rozległ się dzwonek. Marek pocałował mnie w policzek i poszedł na chemie. CO MY TERAZ MAMY?
- Słodki. - stwierdziła Natalia.
- I niezłe z niego ciacho. - dodała Ola.
 Zachichotałyśmy i ruszyłyśmy na lekcje. TO CO MY TERAZ MAMY!? O nie! Teraz historia, na której muszę siedzieć obok Daniela! Usiadłam ciężko koło najgorszego chłopaka w tej szkole. Pani Cerewska jest bardzo fajna i ją lubię, ale nie przepadam za historią. Na tej lekcji pani wychodzi tylko raz. Piętnaście minut przed przerwą. Tutaj pilnuję Arek. Dzięki temu, że jest świetnym gimnastykiem to zawszę kiedy panią widzi to robi salto i wraca do ławki. I to jest nasz alarm. Jak na razie lekcja upływała mi spokojnie. Kiedy pani wyszła. Oczywiście, żeby nie rozmawiać z Danielem podeszłam do Natalii i Oli.
- Co robiliście wczoraj na randce? - spytała Natalia.
- Opowiem wam potem.
 Ułamek sekundy po tym jak to powiedziałam Arek wykonał salto i wrócił do ławki. Podążyłam w jego ślady i również wróciłam do ławki. Piętnaście minut jeszcze wytrzymam. Akurat siedzę przy oknie i mogę obserwować co się dzieje na zewnątrz. Właśnie wyjrzałam przez okno, kiedy ujrzałam Marka razem z klasą. Chyba też mnie zobaczył, bo pomachał w tę stronę. Nie wiadomo kiedy rozległ się dzwonek. Jak to możliwe, że Marek przed chwilą był na polu, a teraz czeka pod salą? Przytuliłam się do niego. Akurat wtedy wychodził Daniel, a potem rozpętało się piekło.
 Daniel odepchnął mnie od Marka tak mocno, że się wywróciłam. Następnie walnął Marka w nos. Podniosłam się, żeby powstrzymać Daniela, ale ten pchnął mnie mocniej niż wcześniej. Teraz straciłam przytomność.
*********************************************************************************
 Gdy się obudziłam leżałam w domu. Nie powinni mnie czasem zabrać do szpitala? Głowa już mnie nie bolała, ale i tak chwiejnym krokiem wstałam z łóżka i podążyłam na dół. Sprawdziłam kuchnie, salon, nawet pokój chłopców. Nikogo nie było w domu. Czy nie powinni przy mnie być i pilnować chorej?
 Wyszłam na zewnątrz i stanęłam jak wryta. Nie było mojego ogródka tylko kamienna ścieżka. Rozejrzałam się na ścianie mojego domu, tam gdzie powinien być numer 47, znajdowała się data 30.09.2014 r. O co chodzi! Ktoś postukał mnie w ramię więc się odwróciłam. Stał przede mną wielki mężczyzna. Nawet nie zwróciłam uwagi na to jak wyglądał tylko spytałam:
- Gdzie ja jestem?
- Chodź ze mną.
 Prowadził mnie labirynt domów i wprowadził do wielkiej sali. Przy stole siedziało trzech mężczyzn. Chłopak, który mnie tu przyprowadził wyszedł od razu. Powtórzyłam pytanie:
- Gdzie ja jestem?
 Odezwał się ten siedzący w środku.
- Na tej bójce w korytarzu uderzyłaś się mocno w głowę. Teraz decydujemy czy twoja dusza ma nadal żyć czy może zostać tu z nami, ale cóż... Nie możemy się zdecydować.
- Chcecie mnie tu trzymać! - wykrzyknęłam zdenerwowana.
 Nagle do sali wszedł znowu ten chłopak. Wyprowadził mnie i chwilę później byłam już z powrotem w domu. Położyłam się na kanapie w salonie. Chcę wrócić do domu!
 Nawet nie wiem kiedy poczułam się senna. Gdy już się obudziłam leżałam z zabandażowaną głową i ktoś mnie trzymał za rękę. Otworzyłam powoli oczy i zobaczyłam Marka! Na fotelu nie daleko siedziała mama, a na jego oparciach Kacper z Bartkiem. Po drugiej stronie mojego łóżka stały Natalia i Ola.
- Co się stało? - spytałam
- Nic takiego stara, ale już się bałam, że cię już nigdy nie zobaczę! Nigdy więcej mi tak nie rób! - krzyknęła Natalia.
- Jasne. - uśmiechnęłam się słabo.
 Nagle do sali wszedł lekarz. Powiedział coś tylko do mamy i wyszedł.
- Niestety kochanie przepadnie ci bal. Masz tu leżeć jeszcze dwa tygodnie. Dopóki głowa się nie zagoi.
 To po co ja kupowałam tą sukienkę?! Marek pochylił się i coś mi wyszeptał do ucha.
- Kiedy tylko poczujesz się lepiej urządzę w domu dyskotekę. No może prędzej na tej łące przy klifie.
 Skinęłam mu tylko głową i znów udałam się do snu.
*********************************************************************************
                                          Miesiąc później
 Przyglądałam się sobie w lustrze. Moje włosy były już po ramiona. To dobrze, że tak szybko rosną inaczej miałabym mocno przechlapane z perukami.
 Właśnie szykowałam się na przyjęcie u Marka. Zaprosił Natalie i Olkę, które też przegapiły przeze mnie dyskotekę. Na ich szczęście chłopcy się zgodzili. Mają iść jeszcze Bartek z Pauliną i Kacper z Celiną. Wszyscy mamy się spotkać u mnie w domu i Marek ma po nas przyjechać. Już nie mogę się doczekać!
 Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Zbiegłam na dół. Wszyscy zaczęli wchodzić do mnie do domu.
Natalia, Paweł, Ola, Wojtek, Celina, Paula i Marek. Od razu podeszłam i przytuliłam się do niego.
- Wszyscy do samochodu! - krzyknął.
 Jeszcze moja mama przyleciała z aparatem i zrobiła nam grupowe zdjęcie. Wsiedliśmy do busa lub furgonetki (jak ze Scooby-Doo). Zapakowaliśmy i ruszyliśmy. Na szczęście Marek wynajął szofera, więc mogłam się do niego przytulać całą drogę.
- Udanego balu. - szepnął mi do ucha.
- Z tobą zawsze.
 Pocałował mnie w usta i w furgonetce wybuchły gromkie brawa. NARESZCIE BYŁAM NAPRAWDĘ SZCZĘŚLIWA!



Oto koniec historii Meg i Marka. Mam trochę tego w zanadrzu, np. o niebie. Tylko innej osoby. Chcecie to przeczytać? Jeśli tak to zabieram się do roboty, ponieważ mam już to zapisane do chyba 3 rozdziału na laptopie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz