wtorek, 31 marca 2015

W nowym życiu cz. 2

Dziś dzień odlotu. Mam wielkiego doła. An przyszła do mnie o ósmej rano, jechała z nami samochodem, i czeka z nami na lotnisku. Szef taty wynajął prywatny samolot i teraz pakują do niego bagaże. Wylatujemy o trzynastej. Jak na razie jest dwunasta czterdzieści pięć. Zaraz wsiądę do samolotu i pożegnam swe życie w Warszawie. Nie chcę zostawiać tego wszystkiego. Tu jest wszystko, co mam. Chyba się załamie. Co chwilę patrze na zegarek. Wskazówki wyglądają jakby stanęły w miejscu. W końcu nadchodzi ten czas. Pilot krzyczy:
 - Wsiadajcie! Zaraz startujemy!
 Patrze na An i bez słów się do niej przytulam. Już ze łzami w oczach wsiadam na pokład samolotu. Jest to ładnie urządzone wnętrze w kolorze kremowym. Siadam przy oknie i wzrokiem szukam An. Niestety nigdzie jej nie widzę. Wzdycham ciężko i wyciągam książkę. Nie interesuje nie nic, co się dzieje wokół. Najważniejszy jest żal i smutek ściskające moje serce. Łzy leją się strumieniami. Nie widzę nawet liter książki, więc zamykam ją i idę spać. 
-----------------------------------------------------------------------------------------------------
 Młody mężczyzna wbiega do sali radnych. Ma włosy koloru ciemnego blondu i głębokie brązowe oczy. Jest ubrany na biało, a z jego pleców wyrastają skrzydła. Jest bardzo zdenerwowany, więc mówi szybko swoim śpiewnym głosem:
- Przepraszam, że panów niepokoję, ale pewna ziemianka znalazła ,,Wisior Anioła''. Tym aniołem jestem ja. Sprawdziłem, więc jej przyszłość w Księdze. Okazało się, że jej samolot... no sami wiecie. Proszę was o przywilej uratowania jej życia.
- Ile lat ma dziewczyna?
- Piętnaście.
- Prześledziłeś cały jej życiorys? Od narodzin, aż do teraz?
- Oczywiście. Na okrągło go czytam.
- Czy ziemianka znalazła ,,Wisior Anioła'' czy ,,Wisior Aniołów''?
- Z tego, co wiem to znalazła Aniołów. Ten wyjątkowy, który pokazuje jaka postać teraz nad tobą czuwa.
- Niesamowite. - radny złapał się za głowę. - Przecież tego wisiora nie znalazł nikt od ponad pięciuset lat! Od pamiętnej Katie Hill. Ten wisior nie przynosi nic dobrego!
- Tak wiem. Lecz nie przyszedłem tu po to by dyskutować o wisiorze. Przyszedłem to w sprawie uratowania jej życia.
- Tylko ona ma ten wisior?
- Tak. - mężczyzna skinął głową.
- W takim razie udzielam zgody na uratowanie jednego, ludzkiego stworzenia.
 Mężczyzna w białym ubraniu uśmiechnął się szeroko, podziękował i wyleciał z sali.
------------------------------------------------------------------------------------------------------
 W tym samym czasie głęboko pod powierzchnią ziemi pewną diablicę nawiedziła wizja. Stała ona w zabrudzonym i zakurzonym miejscu. Szukała czegoś. Obraz przeskoczył. Teraz stała w jakimś pokoju. Było tam bardzo jasne. Otwierała jakieś niebieskie pudełko. Na jego dnie znalazła miniaturowego aniołka. Zaraz potem wizja zniknęła. Usiadła ona na podłodze łapiąc się rękami za głowę. Nie rozumiała, o co tu chodzi. Wstała  i ruszyła w stronę ,,Czeluści''. Tak jest nazywany ratusz w piekle. Diablica ruszyła pewnym krokiem. Jej czarne włosy lekko powiewały, a czerwone oczy płonęły ze złości i bezradności. Otworzyła drzwi z impetem i krzyknęła:
- Od pięciuset lat nie miałam wizji o tym cholernym wisiorze! Dlaczego właśnie teraz się pojawiła!?
- Uspokój się Vanesso. - krzyknął piekielny radny. - Nie mamy pojęcia czemu tak się stało, ale mamy pewną teorię. Chciałabyś posłuchać?
 Vanessa spojrzała na nich wściekłym wzrokiem i skinęła głową.
- Zapewne ktoś znalazł ,,Wisior Aniołów''...
- Czemu aniołów!? Nie może być diabłów?!
- Już ci tłumaczyliśmy, że to było ustalanie bardzo dawno temu, ale wracając do naszych podejrzeń to jakiś ziemianin lub ziemianka musieli go znaleźć. Tak więc musisz teraz ustalić kto to jest i co robi.
 Obrażona diablica z hukiem wypadła z sali. Nie patrząc na nikogo udała się do ,,Wiecznej pamięci''. Jest to pomieszczenie, w którym diabły sprawdzają przyszłość ludzi. Vanessa otwarła odpowiednią księgę i zaczęła czytać.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------
 Dym, kurz, gorąc, krzyki. To ostatnie rzeczy, które pamiętam. Moje życie legło w gruzach. I to dosłownie. Ni stąd, ni zowąd samolot zaczął lecieć w dół. Bez żadnych wyjaśnień ze strony kapitana. Bez niczego. Było słychać tylko krzyki przerażonej Sylwii, która zaraz miała się spotkać z aniołami. Mama i tata wiedzieli, co nas czeka, więc przytuleni do siebie i mojej młodszej siostry milczeli, a ja? Co by wynikło z tego, że panikowałabym? I tak bym zginęła, więc nie widziałam sensu robienia tego. Tylko siedziałam i patrzyłam na zbliżającą się ziemię. Już gotowa na śmierć.
 Ale tam w górze chyba mieli inne plany, bo teraz leże w Krakowskim szpitalu na OIOM-ie. Nie mam złamań, skręceń, zwichnięć. Nawet nie mam zadrapania. Mimo wszystko mnie tu trzymają. Przeżyłam, ale nikt nie wie jak i dlaczego. Czy śmierć mnie pominęła? Nie zauważyła mnie, gdy zabierała moich bliskich? Zostawiła mnie w spokoju? To niemożliwe. Po co mieliby mnie oszczędzać? Nie lepiej ratować Sylwie? Małą, bezbronną istotkę, która teraz już się do mnie nie uśmiechnie. Nigdy nie zaśpiewa. Zawsze będzie mieć dziesięć lat. Łza spłynęła po moim policzku. Ostatnio dużo płaczę, ale nie ma się, co dziwić. Straciłam wszystko. Rodzinę, przyjaciół, chłopaka, domu. Teraz nie mam już nic. Podsłuchałam kiedyś rozmowę lekarza z jakąś kobietą, bo udawałam, że śpię. Mówili o sierocińcu. Wiem, że mnie tam wyślą, a potem pójdę do szkoły. Już nie mogę się doczekać dnia, aż wreszcie stąd wyjdę lub zginę. W sumie to nie mam po co żyć. Komórka rozwaliła się podczas katastrofy i nie mogę nawet zadzwonić do An. Moje powieki już opadają. Chyba pójdę spać.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------
 Drzwi do sali otwierają się i wchodzi przez nie ten sam anioł, co wcześniej. Jego czujne brązowe oczy z uwagą obserwują pomieszczenie. Podchodzi do stołu radnych i powiedział:
- Dziewczyna została ocalona, ale reszta jej rodziny zginęła.
- Spotkałeś tam jakiegoś diabła?
- Tak, dokładniej to diablice Vanesse. - uśmiechnął się krzywo.
- Va-va-vanesse? - wyjąkał radny. - To ona jest córką tego demona?
 Anioł pokiwał głową patrząc na radnego.
- Musisz przypilnować Wybranej. Wiesz, co się kiedyś stało. Nie możemy do tego dopuścić. Pojaw się na Ziemi, obserwuj ją i udawaj normalnego chłopaka. Jasne?
 Anioł skinął głową i wyszedł z sali udając się do swojej nowej pracy.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------
 Drzwi otwarły się z hukiem i wpadła przez nie czarnowłosa diablica. Była obrażona. Nie, obrażona to złe określenie. Była wściekła. Podeszła do stołu i uderzyła w niego pięścią, a potem krzyknęła:
- Trafiła mi się jakaś rozpuszczona lala. Prawię zginęła, ale jakiś kretyński aniołek ją uratował. Cholerny gnojek!
- Vanesso... tyle razy ci mówiliśmy, że musisz się uspokoić. Dziewczyna nadal żyje, ale to dobrze. Pamiętasz o rytuale? Skoro pięćset lat temu nie został wypełniony, bo anioły nam przeszkodziły, to spróbujemy teraz. Wiesz, co należy zrobić? - diablica skinęła głową. - To świetnie, a teraz idź się przygotować.
 Z miną naburmuszonego dziecka Vanessa wyszła z sali.




Mam nadzieje, że się podoba. Liczę na szczere komentarze. To będzie przekupstwo, ale... jeśli będą 3 komentarze to następny rozdział za półtorej tygodnia. Jeśli tylne nie będzie to dopiero za dwa i pół tygodnia. Jeśli coś wam tu nie pasuje to piszcie. Postaram się poprawić
Pozdrawiam! 

poniedziałek, 23 marca 2015

W nowym życiu cz.1

 Hej! Nazywam się Irena i ostatnio przeprowadziłam się z Warszawy do Krakowa. Jestem nowa w klasie i nie wiem, czy się spodobam.
 Dzisiaj jest mój pierwszy dzień. Chodzę do trzeciej gimnazjum. W Warszawie miałam wielu, no można powiedzieć, przyjaciół, którzy urządzili mi przyjęcie pożegnalne, ale ta historia zacznie się na tydzień przed przeprowadzką... w dzień gdy się o niej dowiedziałam.
*********************************************************************************
- Irena! - krzyknęła mama. - Muszę z tobą porozmawiać!
 Wybiegłam z pokoju i poszłam do salonu. Usiadłam na bordowej sofie i spojrzałam na mamę.
- O co chodzi?
- Nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale... wyprowadzamy się.
- CO?! - krzyknęłam wstając z sofy. - NIE MOŻEMY TEGO ZROBIĆ!
- Ale musimy kochanie. Tata zostaje tam przeniesiony. Znalazłam świetne mieszkanie w Krakowie...
- W Krakowie! Nigdzie nie jadę!
 Wybiegłam z domu. Co ta kobieta sobie myśli?! Nigdzie się nie wyprowadzam! Tu jestem kimś ważnym, a kim będę w nowej szkole?
NIKIM
 Tu jestem znana, lubiana, popularna i mam wielkie grono przyjaciół i co najważniejsze mam świetnego chłopaka. Pobiegłam do domu mojej najlepszej przyjaciółki, Angeliki. Drzwi otwarła jej starsza siostra, Natalia. Jak zawsze jest ubrana  na czarno. Czasem się jej boję... Nosi podziurawione ciemne rajtki, miniówkę z pasem z kolców i bordowy podkoszulek ze skórzaną kurtką. Jeszcze do tego ciężkie buty. Jakiś czas temu przefarbowała włosy na czarno.
- Cześć Natalia... jest An?
- Nie ma jej. Wyszła z tym całym Karolem.
- Aha. Dzięki, cześć!
Zbiegłam z werandy jak najszybciej potrafiłam. Rozglądnęłam się i ruszyłam głową. "Gdzie mogę teraz iść?". Poszłam do Seby. Mojego chłopaka. Otwarła mi jego mama.
- Witaj kochana, co cię do nas sprowadza?
- Dzień dobry, mam sprawę do Seby. Jest w domu?
- Tak, u siebie w pokoju, ale nie może teraz rozmawiać.
- Proszę pani, nie mam ochoty na żarty. - przecisnęłam się w drzwiach. - Naprawdę muszę z nim porozmawiać.
Wpadłam do domu i ruszyłam do pokoju Seby, ale to była najgorsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłam. Seba całował się z blondwłosą dziewczyną. Była w samym staniku i majtkach, a Seba miał tylko spodnie.
- TY CHAMIE! JAK MOGŁEŚ MI TO ZROBIĆ! DOBRZE, ŻE SIĘ WYPROWADZAM!
Wybiegłam z jego pokoju. Zatrzymała mnie jego mama.
- Wyprowadzasz się?
Pokiwałam głową, minęłam ją i wybiegłam. Jak ten prostak mógł mnie zdradzać za moimi plecami? Jeszcze go rodzice kryli! To wstrętne! Zadzwoniłam do An. Odebrała po piątym sygnale.
- Hallo? Iri? To ty? Zadzwoń później. Troszkę przeszkadzasz.
- Musze z tobą pogadać. Seba mnie zdradził.
- Co! Już się ubieram! Poczekaj na mnie w tej kawiarni na rogu.
- Dobra, idę tam powoli. Cześć.
- Cześć.
Rozłączyła się, a ja powoli ruszyłam do kawiarni "Ploteczki u Kareczki". Kareczka to Karolina. Znam ją od podstawówki. Jak ja byłam w drugiej klasie ona była w szóstej. Często tam bywamy z An. Siadam przy naszym ulubionym stoliku i czekam. Jak on mógł mi to zrobić? Czy jestem aż tak nudna? Po dziesięciu minutach przyszła An. 
- Hej, jak to się stało? - spytała siadając. 
- Poszłam do niego, żeby mu powiedzieć, że się wyprowadzam...
- WYPROWADZASZ SIĘ! - krzyknęła wstając błyskawicznie. Kilka osób spojrzało w naszą stronę. 
- Tak, ale o tym za chwilę. Poszłam do jego domu, a on całował się z prawie rozebraną, blondwłosą suką. 
- O masakra, co za prostak. Stara, co teraz zrobisz? 
- Nie wiem, ale przed końcem wakacji mamy się wyprowadzić, więc... - wzruszyłam ramionami. 
- A co ze mną? Zostawisz mnie tu? 
- Nie mam wyboru An. - powiedziałam smutno.
- Ale będziemy gadać przez telefon?
- Codziennie. 
- Trzeba rozładować emocje. Idziemy na zakupy.
**************************************************************************
 Z zakupów wróciłyśmy dwie godziny później. Jak tylko weszłam do domu od razu poszłam do salonu. Siatki zostawiłam w przedpokoju. Tata, mama i Sylwia grali w monopol. Sylwia to moja młodsza siostra. Ma dziesięć lat, brązowe włosy wiecznie spięte w warkocza i niebieskie oczy. Zawsze ubiera się na różowo. Różowe sukienki, spódnice, bluzki i spodnie. Jeszcze do tego wstążka na włosy. Podeszłam do nich z założonymi rękami i spytałam:
- To kiedy jedziemy?
- Nie jedziemy tylko lecimy. Dokładnie 20 sierpnia. 
 Pokiwałam głową i wyszłam. Zabrałam zakupy do pokoju i rzuciłam się na łóżko. Wylatujemy dwudziestego. Dziś trzynasty. Za równy tydzień. Pożegnam się tylko z An. Tamtego kretyna nie chcę znać, a na innych mi nie zależy. Wyjęłam telefon i napisałam sms-a do An.

,,Wyjeżdżam za tydzień. RATUJ!''

 Odpisała po chwili:

,,Nie martw się. Będziesz miała godne pożegnanie!''

 Godne pożegnanie? Czy ona znowu planuje urządzić imprezę, bo ktoś wyjeżdża? Tak samo było w szóstej klasie, gdy rozchodziliśmy się do innych szkół. Ta sytuacja powtórzyła się w połowie pierwszej klasy gimnazjum, kiedy nasza koleżanka z podstawówki wyprowadzała się do Niemiec. Zebrało się wtedy ponad sto osób. Balowaliśmy do pierwszej póki rodzice nie zaczęli wydzwaniać. Wszyscy miło wspominają tamto przyjęcie. Przygotował je nie kto inny jak Angelika. Już się boje jej pomysłów. 
 Wstałam z łóżka i ruszyłam w stronę strychu. Są tam moje wszystkie walizki. Może jeśli się teraz spakuje, to potem nie będę robić sentymentów? Tylko gdzie są moje walizki? Cały strych jest zagracony i zakurzony. Dużo tu pajęczyn. Tutaj śmierdzi. Jak to mama kiedyś mówiła?
    ,,Lewy kąt dla taty, prawy dla mamy, po drugiej stronie lewy kąt dla Sylwii, a prawy dla Ireny.'' 
Czyli moich walizek trzeba szukać przy lewej ścianie w prawym kącie. Poszłam w tę stronę. ,,Wierszyk'' mamy czasem się przydaje. Moje wszystkie walizki, kosmetyczki i pudła po butach piętrzyły się w kącie. Na początek wezmę trzy największe walizki na ubrania. Z trudem wygrzebałam czarną, fioletową i niebieską walizkę z tej sterty. Zaniosłam je na dół i zaciągnęłam do pokoju. Wzięłam czarną walizkę, zaczęłam ją czyścić, a potem pakować do niej ubrania na zimę. Kurtki, szaliki, czapki, rękawiczki. Następnie wyczyściłam fioletową i spakowałam tam wszystkie ubrania na wiosnę i jesień. Przyciągnęłam do siebie niebieską walizkę. Oczyściłam ją i otwarłam. Na jej dnie leżał srebrny wisiorek z małym aniołkiem. Wyjęłam go i obejrzałam dokładnie. ŚLICZNY! Założyłam go i zaczęłam pakować resztę ubrań. 
 Skończyłam koło dwudziestej. Zostawiłam tylko dwie pary butów i ubrania na cały tydzień. Leżę na łóżku i podziwiam mój wisiorek. Jest wielkości piłki do ping-ponga. Jak się mu lepiej przyjrzeć to jego oczka są z małych białych brylancików. Skrzydełka są ślicznie uformowane. Kto mi go dał? Kiedy? Dlaczego go zgubiłam? Przecież z takiej pięknej rzeczy nie warto spuszczać wzroku. Może Sylwia mi go schowała? Nie... Ma zakaz dotykania moich rzeczy, a jest posłusznym dzieckiem. No cóż... nie ważne, dlaczego go zgubiłam. Ważne, że się znalazł. Założyłam go z powrotem na szyję i przytuliłam do poduszki. Po tak ciężkim dniu mam prawo iść spać. 
**************************************************************************
 Po jutrze wylatujemy. Nie poruszaliśmy tematu lotu. Mama milczy, tata milczy, a Sylwia chodzi do koleżanek jak gdyby nigdy nic. Ja cały czas ignoruje telefony od Seby. Nie chcę słuchać jego wyjaśnień. Jakoś mnie to nie interesuje. Skoro i tak wyjeżdżam to po co mi to? Odbieram tylko połączenia od An i rodziców. Tak to przez cały dzień leże na łóżku i wzdycham w sufit. Myślę o wszystkim, co było i o wszystkim, co mnie czeka w Krakowie. To był najgłupszy pomysł jaki mógł powstać. Przenosić się do innego miasta, gdzie nikogo się nie zna i to jeszcze w trzeciej gimnazjum! Przecież tamci ludzie znają się od lat, a ja? Będę obca. Nie będą na mnie zwracać uwagi. Będę osobą, która naruszyła ich system. Będą mnie ignorować.
 Nagle zadzwonił telefon:
- Słucham? - spytałam do słuchawki. 
- Heeej Iri! Nie obchodzi mnie twoja żałoba! Masz pięć minut, aby przebrać się w strój dyskotekowy i przyjść do mnie! Czekam! 
 Rozłączyła się. Co An znowu wymyśliła? Przebrałam się w lśniące spodnie i bluzkę z cekinami. Założyłam wisiorek z aniołkiem i wyszłam z domu. Doszłam do niej po dwóch minutach. Światła w środku były pogaszone. Po co ona kazała mi tu przyjść? Zapukałam do drzwi. Zapaliło się światło w korytarzu i otwarły się drzwi. Angelika stała tam ubrana w fioletowo- różowy szlafrok. Swoje białe włosy spięła w koński ogon. Uśmiechała się do mnie. 
- Wchodź, wchodź! - poganiała. 
 Zaprowadziła mnie do salonu w którym było bardzo ciemno. Nie zaświeciła światła tylko kazała mi usiąść na kanapie. Zdziwiło mnie to, ale wykonałam ,,rozkaz''. Zaraz po tym poszła zapalić światło. Nagle zewsząd wyskoczyła chmara osób. Zza kanapy, zza foteli, zza zasłon, drzwi, a nawet zza telewizora. Nagle weszłam w burze uścisków i współczuć. Wyrwała mnie z niej An i kazała prawie wszystkim iść nad basen, który miała za domem. Tylko Arek i Szymon z trzeciej D mieli zostać. Ja też musiałam wyjść. Pierwszą osobą, którą zobaczyłam po wyjściu był Seba. Minęłam go bez słowa, ale złapał mnie za ramię. Spróbowałam się wyszarpać. Na szczęście pomogli mi Wiktor i Karol z mojej klasy. Wzięli go pod ramię i wywlekli z imprezy. Jak wrócili Karol spytał:
- Masz pod spodem strój kąpielowy? 
- Nie... a co? 
 Wziął mnie na ręce i wrzucił do basenu. Woda była w sam raz. Wypłynęłam na powierzchnie, otwarłam oczy i nagle zobaczyłam, że wiele innych osób wkroczyło do baseny w ubraniach. Podobnie jak ja. Z głośników cały czas płynęła muzyka. Przyszła An, szepnęła coś Kasi do ucha i wszyscy wyszli z wody. Żeby nie być inna ja też wyszłam. Tłum przepchał mnie do samego przodu. Były tam rozwieszone białe płachty. Arek siedział przy komputerze, a Szymon majstrował coś przy rzutniku. An pomachał ręką do Arka i krzyknęła:
- DAWAJ! 
 Na płachtach zaczął się pojawiać obraz, a z głośników poleciała piosenka Ellie Goulding ,,Love Me Like You Do''. Zaczęły się pojawiać zdjęcia. Pierwsze były z moich siódmych urodzin. Slajdy leciały dalej, a ja patrzyłam na nie ze łzami w oczach. Moi przyjaciele zebrali mnóstwo zdjęć, które pokazywały się przez całą piosenkę. Ostatnio było sprzed miesiąca, gdy poszłam na nocowanie do Julki. Leżałam tam z bitą śmietaną na ręce, a Julka z uśmiechem trzymała białe piórko. Pod tym zdjęciem widniał napis: 

,,Będziemy Tęsknić Iri!''

 Łzy ciekły strumieniami z moich oczy. Nie możliwe, że zrobili dla mnie coś takiego! An podbiegła i przytuliła mnie. Będę za nią tęsknić! Kiedy mnie puściła Karol znowu wziął mnie na ręce i wrzucił do basenu. Zaraz potem wskoczyli następni...





------------------------------------------------------------------------------------------------------
Mam nadzieje, że podoba wam się wstęp do mojej nowej ,,wypociny''. Może nie zaczyna się tak samo jak pozostałe, ale też coś się dzieje. Liczę na szczere komentarze 

PS. Mogę was prosić o odwiedzenie mojego drugiego bloga FF?  iinhogwart.blogspot.com
Pozdrawiam :* 

niedziela, 15 marca 2015

Na zemstę nadszedł czas cz.4

Obudziłam się w swoim pokoju. Wstałam rozkojarzona. Co się stało? Weszłam do domu i... tam ktoś zarzucił mi worek na głowę! Nie ktoś tylko John. Chciał zrobić to, co mu obiecałam, ale oparł się na mojej szyi i zemdlałam. Pamiętam, że wcześniej byłam u Dakoty i podsunęła mi pomysł na zemstę za zabicie mnie. Muszę go szybko zrealizować. Wstałam z łóżka. Ubrałam się w czarną, obcisłą sukienkę, spod której wystawały uda, a potem ruszyłam do salonu. John leżał na kanapie i oglądał telewizję. Przeskoczyłam przez oparcie i spadłam na niego.
- Przepraszam, ze cię tak potraktowałam. - szepnęłam. - Może spróbujemy jeszcze raz? - spytałam rozpinając mu koszule. - Masz kajdanki?
 Pokiwał głową i poszliśmy do jego pokoju. Dał mi kajdanki i się położył. Przypięłam jego ręce do zagłówka i wstałam z łóżka.
- Gdzie kluczyk?
- W szufladzie.
 Wyciągnęłam go i pod pretekstem wyjścia do toalety wybiegłam z jego pokoju. Szybko poszłam się przebrać w jeansy i sweter przygotowane wcześniej. Schowałam kluczyk do kieszeni i wyszłam z domu. Komisariat policji jest niedaleko stąd. Może jeśli się pośpieszę to John się nie skapnie, że go wykiwałam. W przeciągu pięciu minut dobiegłam na komisariat. Od razu dostałam się do policjanta. Miał krótkie blond włosy i zielone oczy.
- O co chodzi? - spytał.
- Dzień dobry, nazywam się Miranda Black. Mam ważną informację w sprawie Elizabeth Brin. - próbował coś powiedzieć, ale nie dałam mu dojść do słowa. - Wiem, gdzie ukrywa się jej morderca. O tej dziewczynie wiem dziesięć razy więcej niż wy wszyscy razem wzięci. Mogę bardzo pomóc w tej sprawie. Naprawdę!
- Co pani wie o mordercy?
- Nazywa się John Smith. Ma rude włosy i żyje z porywania innych. Niedawno porwał Richarda Long'a. Mogę zaprowadzić pana do jego domu. Nie ucieknie wam.
- Skąd ta pewność? - spytał podejrzliwie.
- Czy jeśli powiem prawdę to mnie nie ukażecie?
 ,,I tak nie będą mogli'' - pomyślałam.
- To zależy od rozmiarów przestępstwa.
- Dobrze. No to tak. - wzięłam głęboki wdech. - Półtora tygodnia temu dołączyłam do John'a pod przykrywką. Chciałam się więcej dowiedzieć na temat Elizabeth, ale nie mogłam tak od razu zapytać. Udawałam więc jego wspólniczkę i pomogłam mu uprowadzić Richarda. Następnego dnia John wyjechał. Nie było go kilka dni, więc skorzystałam z okazji na przeszukanie jego domu. Wiem, że w piwnicy ma zbudowaną cele, w której obecnie jest więziony Richard. John wrócił niedawno. Musicie się pośpieszyć, bo nie wiadomo, co planuje.
- Możesz nas tam zaprowadzić? - spytał.
 Pokiwałam głową i wstałam. Policjant poszedł za mną. Zawołał jeszcze jednego. Tamten miał czarne, rozczochrane włosy, brązowe oczy i poważny wyraz twarzy. Przyjrzałam się naszywce na jego piersi. ,,P. Evans''. Ładne nazwisko. Ciekawe od jakiego imienia to skrót. Spojrzałam na naszywkę drugiego. ,,O. Xant''. Dość nietypowe nazwisko. Xant streścił Evans'owi moje zeznanie. Ten pokiwał głową i ruszyliśmy do radiowozu.
 Wsiadłam na miejsce pasażera tuż obok kierowcy. Policjant Evans usiadł z tyłu. Instruowałam pana Xant'a. Dojechaliśmy po trzech minutach. Podbiegłam do drzwi i od razu wyciągnęłam kluczyk. Otwarłam drzwi i zaprowadziłam komisarzy do sypialni. John leżał przykuty tak, jak go zostawiłam. Policjant Xant podszedł do niego, a John zaczął klnąć. Postukałam Evans'a w ramię. Od razu ruszył za mną. Zaprowadziłam go do piwnicy. Richard leżał skulony w kącie.
- Masz klucz? - spytał Evans.
 Podbiegłam do haczyka, na którym wisiał klucz. Zdjęłam go i rzuciłam do policjanta. Otwarł cele i podszedł do Richarda. Zbadał mu puls i zadzwonił po karetkę. Zaraz potem Xant zbiegł po schodach i zawołał:
- Ma ktoś może klucz do tych kajdanek?
 Przeszukałam kieszenie spodni. Kluczyka tam nie było. Powiedziałam o tym Xant'owi. Pokręcił głową i wymamrotał coś pod nosem. Usłyszałam chyba ,,zadzwonić'' i ,,ślusarza''. Od razu wyszedł.
 Po pięciu minutach przyjechała karetka i zabrali Richarda do szpitala. John'a zabrała policja, a ja mam się udać jutro na komisariat. Zostawili mnie w domu John'a i odjechali.

PIERWSZA FAZA ZEMSTY ZROBIONA!

Zostały jeszcze dwie, ale jak mam to zrobić przez cztery dni? Muszę trochę zmienić plan Dakoty i wziąć się do roboty. Jutro dowiem się gdzie jest zamknięty John, a potem troszeczkę inaczej zrealizuje plan Dakoty. 
*********************************************************************************
 Następnego dnia, o godzinie dziesiątej rano, ubrałam czarne getry i czerwoną, obcisłą sukienkę, która odsłaniała dekolt. Wyszłam nawet nie zamykając za sobą  drzwi. Droga na komisariat nie zajęła mi wiele czasu. Kiedy już tam doszłam policjant Xant przyjął mnie z uśmiechem. Gestem ręki kazał mi usiąść. 
- Dzień dobry, cieszę się, że zgodziła się pani przyjść. Proszę mi powiedzieć, dlaczego pani podejrzewała pana Smith'a?
- Moimi przyjaciółkami były Dakota North i Elizabeth Brin. Nie chciałam od razu o tym mówić, bo uznalibyście, że kłamie. Elizabeth następnego dnia po ucieczce narysowała mi karykaturę porywaczy. Mój ojciec pracuje w policji i zgodził się sprawdzić te rysunki w kartotece. Powiedział mi kto to i gdzie mieszkają. Jakiś czas później Liza została zamordowana, więc... Sprawdziłam ich. Okazało się, że jeden nie żyje, a John na spokojnie sobie ,,żyje''.
- Dobrze, dlaczego postanowiła go pani sprawdzić? 
- Nie chcę by kogoś jeszcze spotkało to, co Dakotę i Lizę. Przepraszam, ale mogę zapytać, gdzie jest zamknięty John?
- Mamy go w tym budynku. 
- A mogę wiedzieć, który pokój? 
- Nie powinienem udzielać takich informacji. 
 Pochyliłam się nad biurkiem. 
- Nawet mi nie udzielisz? 
 Przełknął ślinę i powiedział:
- Pokój 10, a teraz do widzenia.
- Do widzenia. - powiedziałam i wyszłam.
 Czyli John'a tu trzymają. Świetnie. Połowa planu jest łatwiejsza. Z tego, co pamiętam pierwszego dnia po pojawieniu się w piekle powiedzieli mi, że jeśli będę chciała mogę przechodzić przez ściany. Muszę wykorzystać tę zdolność dziś wieczorem. 
 Wróciłam do domu, przebrałam się w czarne spodnie, czarną bluzkę i wzięłam pistolet. Gdy zapadł zmrok ruszyłam w stronę komisariatu. Przeszłam przez pierwszą ścianę. Nie ma go. W kolejnych pokojach też go nie było. Znalazłam go dopiero w piątym pokoju po prawej stronie korytarza. Przeszłam przez drzwi. 
 John patrzył przez okno. 
- John. - powiedziałam sucho. 
- Mirando jak się tu dostałaś? Nie ważne... Ty suko! Zdradziłaś mnie! Zapłacisz za to! 
 Próbował złapać mnie za szyję, ale wyciągnęłam pistolet. Od razu podniósł ręce do góry. 
- A pamiętasz Elizabeth Brin? Miała takie włosy - moje włosy się wydłużyły i zmieniły kolor. - Miała takie oczy. Miała taki głos. Zanim jej strzeliłeś prosto w brzuch i kopnąłeś w głowę powiedziała ,,Wrócę po ciebie''. Co ty do niej wcześniej mówiłeś? A tak już pamiętam... Może cię zacytować. Mówiłeś ,, Wiesz, co teraz zrobię? Sprawię, że życie ucieknie z ciebie i nie dostaniesz kolejnej szansy''. - patrzył na mnie przerażonym wzrokiem. - A wiesz, co John? Dostałam kolejną szansę, ale ty? Dopilnuję byś w piekle trafił tam, gdzie nikt nie chcę. Dopilnuję byś nie dostał kolejnej szansy. - przystawiłam mu pistolet do głowy. - Jakie jest twoje ostatnie słowo?
- Chcesz się stać potworem?
- Chcę by sprawiedliwości stało się za dość! - krzyknęłam. - Byś cierpiał tak jak ja!
 Strzeliłam mu w prawą stopę. Ryknął z bólu i upadł na ziemię. 
- Chcę by wszystkie osoby, które cierpiały przez ciebie już nie musiały się bać!
 Strzeliłam mu w lewą stopę. Ponownie ryknął z bólu.
- Chcę by już nikt nie musiał cierpieć tak, jak ja cierpiałam! 
 Strzeliłam mu w prawą, a potem w lewą dłoń. 
- I najważniejsze. Chcę by już nikt nie musiał ginąć przez takiego palanta jak ty. Chcę byś cierpiał przez WIEKI!
 Strzeliłam mu w brzuch, a potem go kopnęłam w to samo miejsce. 
- Zgiń szumowino tak samo jak zginęłam ja! 
 Zaryglowałam drzwi i opuściłam pokój, ale zanim wyszłam kopnęłam go w głowę. Wróciłam do domu. KONIEC Z TYM KRETYNEM I IDIOTĄ! 
********************************************************************************
 Jestem już w windzie. Ciało John'a znaleźli następnego dnia. Mówili o tym w wiadomościach. Pilnuję by dusza John'a była cały czas pod nadzorem kata. Raz na jakiś czas jeżdżę na Ziemię do Dakoty. John już nigdy nie będzie nikogo dręczył, ciął, porywał. Teraz pracuje jako zbieracz kup demonicznych koni. Przez weekend pracuje w oczyszczalni. Osobiście wybierałam mu pracę. Nie czuję się winna. Jakoś mi to nie ciąży na sumieniu. Może tak na mnie działa piekło? Nie wiem, ale dobrze mi z tym, że on już nie chodzi po powierzchni Ziemi. Zaprzyjaźniłam się z kilkoma duszami w piekle. Ciągle też zbieram się na odwagę by pójść do rodziców. Może w końcu mi się uda. 






-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
To już koniec historii Elizabeth. Jak wam się podobało? Planuję już kolejną opowieść, ale zanim się pojawi to trochę czasu minie. Zadowoliło was takie zakończenie? Liczę na szczere komentarze 

niedziela, 1 marca 2015

Na zemstę nadszedł czas cz.3

 Przez kilka następnych dni mój dzień wyglądał identycznie. Leżałam, myślałam, schodziłam do piwnicy, oglądałam telewizję i czekałam na powrót John'a. Minął tydzień i dopiero po upływie tego czasu John wrócił do domu. Kiedy to się stało leżałam na kanapie i oglądałam telewizję. Wszedł do salonu z podbitym okiem. Wstałam z niej błyskawicznie.
- Co ci się stało?! - krzyknęłam udając przerażenie.
- Spotkałem starego znajomego, któremu wiszę pół miliona. Pobiliśmy się, a on, na moje szczęście, stracił życie.
 Pokiwałam głową i zaprowadziłam go do łazienki. Była w morskich kolorach. Wanna, zlew, prysznic, nawet toaleta były błękitne. Usiadł na toalecie, a ja wzięłam apteczkę. Spojrzałam na jego nos. Wyglądał jakby ktoś mu tam dał buraka. FUJJ... Dobrze mu tak, tylko szkoda, że to on nie stracił życia. Znajdę sposób by się jakoś zemścić.
- ...okup?
- Co proszę? - spytałam wytrącona z zamyśleń.
- Czy wysłałaś do jego rodziców żądanie o okup?
- Nie, kompletnie o tym zapomniałam. Mógłbyś ty go wysłać?
- Tak.
 Oczyściłam mu nos i odłożyłam apteczkę. Potem wyszłam z łazienki i znów położyłam się przed telewizorem. John jak tylko wyszedł z łazienki zamknął się w swoim ,,gabinecie''. A gdyby tak pójść na policję? Powiedzieć im, że wiem gdzie jest ten morderca i porywacz, i wszystko wyjaśnić? Wzięli by mnie chyba za wariatkę. A gdyby tak ich tu przyprowadzić? Łatwo bym załatwiła John'a i mogłabym spokojnie wrócić do piekła, ale nie spotkam się wtedy z Dakotą i rodzicami. Muszę się nad tym zastanowić. Chyba że...
- Wychodzę! - krzyknęłam i wyszłam z domu.
 Trochę kasy mam w torebce. Pobiegłam na przystanek. Stałam tam z pięć minut kiedy przyjechał odpowiedni autobus. Pojechałam do centrum i wysiadłam koło mojego ulubionego sklepu. Stąd znam drogę do domu Dakoty i do mojego. Tylko gdzie mam iść najpierw? Wyciągnęłam fira z kieszeni. Podrzuciłam. Diabeł Dakota, ogień rodzice. Zamknęłam oczy i złapałam monetę. Otwarłam je powoli i spojrzałam na dłoń. Diabeł. Czyli idę do Dakoty. Ruszyłam w stronę jej domu. Minęłam galerię handlową, park i długi sznur domów, aż w końcu doszłam do jej domu. Wielka willa z białego marmuru, kilka drzew przed nią rosło, otaczało ją wielkie metalowe ogrodzenie. Uśmiechnęłam się na ten widok i podeszłam do drzwi. Zadzwoniłam dzwonkiem i czekałam aż ktoś mi otworzy. Po chwili drzwi otwarła Dakota. Jej rude włosy były spięte w kucyka i była ubrana w podarte spodnie dresowe i poniszczony podkoszulek.
- Słucham? - spytała markotnym głosem. - O co chodzi?
- Cześć Dakota. To ja. Elizabeth. Poznajesz mnie?
 Popatrzyła na mnie od góry do dołu i z powrotem, a potem przytuliła się do mnie i znów zaczęła płakać. Poklepałam ją po plecach. Kiedy się uspokoiła zaprosiła mnie do środka. Poszłyśmy do jej pokoju. Cały różowy jak u lalki Barbie. Nic się nie zmienił. Usiadłam na fotelu, a Dakota na łóżku. Już wiem, co zaraz powie:
- Jak to możliwe?
- Wiedziałam, że spytasz. - uśmiechnęłam się. - Sama nie wiem jak to możliwe, ale po śmierci trafiłam do piekła. Nie mam pojęcia dlaczego, ale tak się stało. Byłam się pytać pewnej rady czy mogę powrócić na ziemię dla zemsty. Mam jeszcze tydzień. Potem wracam do piekła. Chciałam się z tobą spotkać.
- Pójdziesz do swoich rodziców?
- Chyba nie. Nie chcę im sprawiać większego bólu.
 Pokiwała głową. Przesiedziałam u niej gadając półtorej godziny. Jak wychodziłam podsunęła mi pomysł na zemstę. Był naprawdę dobry. Pożegnałam się z nią i wróciłam do domu. Otwarłam drzwi i ktoś rzucił mi worek na twarz. Krzyczałam. Ktoś mnie podniósł. Po chwili rzucił mnie na coś miękkiego. Chyba łóżko. Potem przypiął moje ręce do zagłówka i zdjął worek. Na moim brzuchu siedział John. Nie miał na sobie koszulki. Popatrzyłam na niego przerażonym wzrokiem.
- Co zamierzasz zrobić?
- Ty już dobrze wiesz. To co mieliśmy zrobić przed moim wyjazdem.
 Potem pochylił się i mnie pocałował. To było obrzydliwe! Oparł się ręką o moją szyję. Straciłam dopływ tlenu i zemdlałam.



-----------------------------------------------------------------------------------------------------------
Podoba się? Muszę się nauczyć pisać dłuższe rozdziały. Pisać to dalej?